POLSKI SYNDROM – RAZ JESZCZE
Pierwsza rzeczą, którą słyszałem po przyjeździe od nowojorskich tubylców było: naucz się myśleć po amerykańsku. Prawdę mówiąc, nie wiedziałem o co im chodzi. Początkowo myślałem, że znaczy to iż powinienem formułować moje myśli w języku obcym. Te zdolność przyswoiłem sobie niezauważalnie gdzieś między czwartym a piątym rokiem pobytu. Potem zuważyłem, że teorią tą posługiwano się, ilekroć szef nie dawał mi zapłaty albo coś z niej zabierał.
Dopiero po latach zrozumiałem, że ludzie ci starali się ująć bardzo interesujące, acz ulotne zjawisko, które ja nazwałem poźniej Polskim Syndromem, który okreslam jako zespół właściwych Polakom cech, które powodują, że jako narodowość nie możemy się dopasować do amerykańskiej rzeczywistości, a co za tym idzie jako grupa etniczna w Ameryce mamy niewiele do powiedzenia, zaś jako jednostki nie odnosimy tam spekatularnych sukcesów właściwych przedstawicielom innych narodowości.
Syndrom Pierwszy – Brak umiejętności small talk.
Amerykanie specjalizują się w uprawianiu tzw. towarzyskiego small talk, często przez Polaków krytykowanego, jako rozmowy o niczym. Jak się masz? Dobrze, a ty ? Albo: Co tam słychać? Jak leci? Albo: Hey, co się dzieje? ( How you doing? What’s up, What’s happening? )
Otóż te proste Sformułowania Zaczepne spełniają w amerykańskiej kulturze kolosalną rolę komunikacyjną, są zaś niestety zupełnie nieznane i niepraktykowane w kulturach postkomunistycznych, gdzie drugi człowiek jak i komunikowanie z reguły do czegoś Służy.
Pamiętam, że kiedy po kilku latach mojego pobytu w Ameryce przyjechał do mnie w odwiedziny kolega, zagadałem do niego: Jak się masz? On na to : “A wiesz, trochę mnie głowa boli, nie spałem za dobrze, a potem zadzwoniła żona i jak się obróciłem po telefon, wylał mi się na nogę garnek wrzącej wody więc kiedy przyjechało pogotowie potknąłem się o sznur od żelazka i zwichnąłem stopę….”
Odpowiedź Amerykanina brzmiałaby: “Dziekuję, dobrze!”
Nie dlatego, że tak jest w istocie, ale z prostego założenia, że nikogo nie interesują twoje kłopoty, zaś bóle mogą np. Wskazywać, że nie nadajesz się do pracy, masz niestabilną sytuacje w domu i w dodatku jesteś fajtłapą, co kosztować będzie twego pracodawcę kupę szmalu w opłatach na wydatki medyczne.
Odpowiedź nie oznacza jednak, że dialog się kończy bądź, że toczy się o pogodzie. Oto bowiem w zależności od intonacji, pytania, uśmiechu, spojrzenia rozmówcy możesz, a raczej powinieneś, zadać Pytanie Kontrzaczepne, np .:
-Skąd wracasz, taki opalony?
Interlokutor może ale nie musi odpowiedzieć, bo pytanie jest dość osobiste. Jeżeli odpowie, odwzajemnisz mu się zdradzeniem swojego, z kolei, „sekretu”; np .:
- Ja też jeżdżę upstate ( w górę stanu- znaczy się zwykle na jakiś kawałek rekraacyjnej dzialki) z moją żoną ( to dobrze czasem podać żeby nie myslał że go interesujesz homoseksulanie, chyba że tak jest w istocie). On na to może powiedzieć:
- A gdzie to macie ( te ziemię znaczy się) ? Bo moja leży nad Hudson River…
- W Havestraw. Znasz te restaurację na rogu Pratt i Webster ..?
I tak pomału,bez zbytniej wścibskości posuwacie dialog do przodu zawiązując nić niezobowiazującej przyjaźni , którą zaraz może przerwać otwarcie się drzwi do windy. Za to następnym razem, kiedy na siebie wpadniecie, ( a świat jest oj, mały) może się okazać, że jesteście już prawie dobrymi przyjaciółmi, a to w dzisiejszym świecie znaczy bardzo wiele.
Otóż wydaje mi się , że ten schemat komunikacyjny jest dla nas, Polaków, odległy. Pamiętam, że kiedy po 11 latach w Ameryce wybrałem się z siostrą Dorotką na spacer po Warszawie, ta złapała mnie w pewnym momencie za rękę:
-Mały, nie mów, proszę jak wejdziemy do sklepu: Hey, Co u Pani słychać, bo wszyscy się na nas gapią jak na wariatów.
Po namyśle przyznać musiałem, że rzeczywiście, miała rację. Pytam więc:
-A co mam w takim razie mówić?
-Mów: dzień dobry!
Idziemy więc po Placu Zamkowym. Patrzę, a tu po chodniku zasuwa ksiądz. Mówię mu:
-Dzien dobry!
Dorotka daje mi kuksańca:
-Teraz mówi się: niech będzie pochwalony…
W kraju zawsze doskwierała mi polska hucpa, jakieś takie chciejstwo, którego nie potrafiłem nazwać. Kiedy zderzyłem się z Ameryką zrozumiałem, że można obalić komunizm, wejść do Europy, kupić sobie lodówkę i Mercedesa, i pozostać w średniowiecznym małomiasteczkowym pieprzniku, gdzie każdy Odmiennik budzi emocje i zlot gapiów na miarę podróżnika przybywającego do Macondo.
Jeśli tu się oburzyłeś to znaczy, że podlegasz pod drugą kategorię Polskiego Syndromu:
Syndrom Drugi – (Narodowa) Duma – Etnocentrym.
To jest cecha paskudna i z dumą patriotyczną nie ma nic wspólnego. Pewnie przez grzeczność nikt nam tego od razu nie powie ale w Ameryce czy tego chcemy czy nie Polska kojarzy się z Czterema Znakami Głównymi- : Papieżem , Wałesą, Kiełbasą i Kawałami o Czterech Polakach Wkręcających Zarówkę. Wielu Amerykanów nie wie nawet, gdzie leży Polska. Można by na głupich Amerykanów machnąć ręką gdyby nie fakt, że ci doskonale wiedzą, gdzie leży np. Rosja i Czechy.
Otóż my, Polacy mamy w sobie zakorzenione pojęcie mesjanizmu, Dziejowej Misji odziedziczone po spuściznie literackiej i historycznej. Podobne zresztą przesłanie niesie sobą Ameryka, Nowy Świat ale interpretuje je zgoła inaczej.
Przykładem na Syndrom Drugi była skala zamieszania z jaką wysyłano narodową jedenastkę Polski na Mistrzostwa Świata w Korei. Był hymn, zagrzewająca do boju pieśń, której nie powstydziłby się Stalin, było błogosławienstwo Prezydenta i Kościoła. Koszulki, co z dumą podkreślano, mające oryginalne polskie literki, a nie jakieś tam spolszczone nazwiska. Chlopaki jechali do Korei po narodowy tryumf NowoMilenijnej Polski choć w sumie chodziło tylko o rozgrywane co cztery lata zawody sportowe. Ale Naród domagał się zwycięstw. W ruch poszły ikony: Białoczerwoni i Orły. Łopocące sztandary zwycięstwa i rozwiane grzywy walecznych do ostatka dzielnych Naszych Chlopaków. Ci ostatni tak się przejęli, że zdjął ich strach i grali jak potłuczeni przegrywając wszystko z kretesem.
Często koledzy z redakcji TVP prosili mnie, żebym im zrobił relację o tym, co mówi się w Ameryce na temat np. ostatnich strajków w Polsce . Pamiętam, że spędzałem całe godziny szukając po sieciach kablowych informacji na ten temat, aż w końcu machnąłem ręką. Nikogo to tu nie obchodzi -powiedziałem i poszedłem spać. Sęk w tym, że ktoś inny znalazł informację w jakimś lokalnym dzienniku związkowym i ta, powtórzona potem przez dzienniki utwierdzała naród polski w przekonaniu, że Ameryka i świat żyje ich problemami.
Owszem, tak było kiedyś. Peter Jennings, (zmarły niedawno prowadzący główne wydanie dziennika ABC ) nb. bardzo liberalny w poglądach dziennikarz, przywitał się kiedyś ze mną, ku mojemu zaskoczeniu po polsku. Okazało się, że był korespondentem w Polsce w czasach, gdy tam wprowadzono Stan Wojenny i polska tematyka szła w czołówce każdego niemal dziennika na świecie. Kilka lat poźniej zainteresowanie spadło, o dokonaniach polskiej Solidarności w obaleniu komunizmu zapomniano, jak o kwiatach danych w szczycie zauroczenia. Wałęsa, Papież to były i są polskie w Ameryce ikony. Ale świat zajał się Rosja i Bin Ladenem, Chinami i Światową Ekonomią. Polska, kraj demokratyczny wychodzący na prostą przestał fascynować, jako romantyczny Janek z barykady strzelający procą do czołgów.
Czas Polski do odegrania historycznej, przełomowej w dziejach tego świata roli minął i to zresztą z pożytkiem. Historia doceni Polskę i Polaków. Sobieskiego i Jagiełłę, Wałęsę i Solidarność, Polski Kosciół i Papieża. Dzisiejsza Polska jest już tylko jednym z szeregu tancerzy pląsających po międzynarodowym parkiecie narodów i nikt nie zwraca już uwagi na nasze swieżo odrestaurowane trzewiczki i eleganckie wyszprycowane, brzęczące szabelki. Sama duma historyczna nie wystarczy. Teraz imponuje się dobrobytem, technologią, uzbrojeniem i kulturą obycia i rozwinięcia społeczeństwa. W żadnej z tych dziedzin nie jesteśmy mocni. Raport Międzynarodowego Banku Światowego z 2002 roku sytuował Polskę wśród krajów atakujących wtedy drzwi do Unii Europejskiej na samym końcu kandydackiego ogona, obok Turcji.
Kiedy po 11 latach w Ameryce przyjechałem do Warszawy i poszedłem z siostrą, Dorotką na spacer, bądź kiedy w geście radości po otrzymaniu Wiktora dla Najlepszego Dziennikarza Roku pobiegłem ze sceny do najważniejszej rangą tam będącej kobiety – Prezydentowej Kwaśniewskiej i wręczyłem jej kwiaty obrywając potem w prasie i dostając dziesiątki pytań „co chciałem sobie tą drogą załatwić” zrozumiałem, że Greenpoint i Warszawa nie różnią się w mentalności mieszkających tam ludzi niczym. Są to struktury zatrzymane w czasie, mentalne freeze frames,stop klatki. Zrozumiałem też, że trochę z tego powodu nigdy nie zbratałem się z amerykańską Polonią, nie chadzałem na piwo z rodakami z emigracji, skadinąd bardzo miłymi nieraz ludźmi. I zrozumiałem też dlaczego dostaję ścisku żołądka ilekroć jechać mam do Polski i dlaczego właściwie nie byłem w tym kraju 11 lat z rzędu.
Jak łosoś pędzący w górę Clear River instynkt przetrwania pchał mnie i mnie podobnym za nurtem czasów, chciałem łapać pociąg, który odjeżdża ze stacji w nieznane wisząc na stopniach raczej niż siedzieć wygodnie w wagonie ale za to na stale tym samym peronie. Dla ludzi, jak ja, zastana i skłócona polska emigracja nie stworzyła alternatywy, grupy odniesienia z którą ja i mnie podobni „ intelektualno -technokratyczni emigranci „ moglibyśmy się identyfikować. Dla tych Polonia serwuje stale dancing w niedzielę i wystawę prac jakiegoś polskiego artysty połaczoną z zagrychą. W efekcie młodzi emigranci, którzy odnoszą sukces tracą korzenie, wchłania ich Ameryka, mają amerykańskie żony i dzieci mówiące What’s up na dzieńdobry.
Ktoś pytał mnie jak to można zmienić.
-Niestety, tego zmienić się nie da- mówię i tej prostej konstatacji my, Polacy również nie rozumiemy. Polak nie rozumie słowa Nie. Na „ Nie „ Polak pyta zaraz : Dlaczego?
-Musi być na to jakiś sposób – usłyszałem w odpowiedzi.
-Sposób, owszem, jest - odpowiadam- Wymarcie pokoleniowe pewnego Szczególnego Typu Człowieka stworzonego przez lata komunizmu : Homo Sovietikusa.
Podobne strony:
| Home | GUANTANAMO 5 RANO »











